31/12/2024 - Marek Budniak – wspomnienia

Ze Zbąszynkiem jestem związany od dzieciństwa. Urodziłem się w pięknej kamienicy przy placu Dworcowym 2, w 1958 r. Z okien mojego pokoju rozciągał się widok na zwartą, harmonijną bryłę  dworca kolejowego z  przylegającym do niego innymi budynkami użyteczności publicznej m.in. pocztą, stołówką tzw. kolejowa. Dość często zaglądaliśmy do niej, ponieważ nasz tata, prawdziwy kolejarz – najpierw jak należało pomocnik później maszynista  –  przynosił czasami do domu bony na zupę, wówczas mama dawała nam kankę i szliśmy po grochówkę, krupnik albo inne smaczne zupy – ich smak pamiętam do dziś. Naprawdę były wyjątkowe. Wystrój tej stołówki też był wyjątkowy – stolik nakryte czystymi obrusami, krzesełka; na ścianach bardzo stylowa, ciemna boazeria. W okienku pani kucharka w białym fartuchu, której oddawaliśmy małe karteczki a zamian nalewała nam do kanki dużo zupy.  Odgłosy przyjeżdzających i odjeżdżających pociągów były naturalnym poszumem mojego dziecięcego świata. Były czymś tak oczywistym, że ich nie zauważałem. Chociaż nauczyłem odróżniać się swoistą muzykę wydobywającą się  z pod kół hamujących wagonów zwykłego pociągu od pospiesznego. Dość szybko dowiedziałem się , że wszystkie pociągi przejeżdżające przez stację Zbąszynek muszą się tutaj zatrzymać. Byłem z tego bardzo dumy. Na placu Dworcowym znajdowało się jeszcze jedno szczególne urokliwe miejsce, tj przystanek autobusowy usytuowany prawie centralnie – był to wydzielony teren z piękną roślinnością – krzewy iglaste, duży rabat kwiatowy w kształcie koła; po obu jego stronach ławeczki, dwie duże wysokie lampy, które zawsze nocą świeciły i nadawały temu miejscu szczególnego uroku. I jeszcze jeden widok nieodłączny – taksówka osobowa pana Bajserowicza, stojąca bezpośrednio  na ulicy przed wyjściem z Dworca kolejowego– najpierw „stara” Warszawa, później „nowa” Warszawa i Polski Fiat 125p; pewnie były i następne marki samochodowe, ale te zapamiętałem. Obrazy z tamtych czasów związane są także z wspaniałym koleżankami i kolegami z naszego i sąsiedniego podwórka. Niech mi nie mają za złe, że ich przywołam po imieniu (nazwiska też pamiętam) – Janusz, Jacek, Piotrek (nazywaliśmy do Pindolem, z czasem okazało się, że najlepiej z pośród nas grał w piłkę nożną), Józiu, Tomek no i dziewczyny – Ula, Małgosia, Ania, Małgosia, Ola, Basia. Z sąsiedniego podwórka Zenek, Boguś, Jola. Nasze zabawy były przeróżne, m.in. graliśmy „w kiczkę”, „wojnę między państwami”, „zbijaliśmy cymbergaja”, „wyścig pokoju kapslami z butelek od piwa”, „dwa ognie”,    „gęsi gęsi do domu”, „chodzi lisek koło drogi” , piłka nożna podwórkowa (Jak się  pan Skupień  „wściekał”, kiedy piłka opacznie wpadła do jego ogródka – cichaczem, po kolei wbiegaliśmy po nią, jeśli nie widział). Wiele, wiele innych zabaw, które były animowane przez nas  – prawdziwe wspaniałe podwórko przepełnione gwarem i dziecięcymi okrzykami – nie było nudy a telewizja pojawiała się dopiero gdzieś ok 1965 r. Pamiętam się, jak w naszym pokoju stołowym na wysokim stoliku pojawił się telewizor „Szafir” – było to lato przed moim pójściem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. „Dobranocka”, „Bonanza”, „Teatrzyk kukiełkowy dla dzieci” no i oczywiście „Czterej pancerni i pies”  – to były nasze pierwsze programy. W niedzielę, jak się udało sprzedać się  butelki, których szukaliśmy po zbąszyneckich parkach i koszach na śmieci, albo dostało się od mamy dwa złote, można było pójść na bajki o godz. 14,00 do kina „Muza”. Jaka to był radość, kiedy na Zieleńcu wybudowano basen kąpielowy – chodziliśmy najczęściej pieszo, później jeździło się rowerami – tam uczyliśmy się pływać. Po jakimś czasie basen zamknięto, ale ponieważ byliśmy już więksi można było pojechać bez rodziców nad jezioro do Zbąszynia, Nowej Wsi czy też Wilkowa.

źródło:
Zbąszynek. Historia miasta i jego mieszkańców, M. Budniak, Wspomnienia ze Zbąszynka, Zbąszynek 2024
Foto:

Przejdź do treści